| ° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj ° | |
| samochody ciężarowe ° Auto giełda ° Sprzedam motocykle ° |
| Matma / A polska matura jest lepsza?! (było: "Matura z matematyki w stanie Teksas w USA" ) |
| << . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 20 . 21 . >> |
| Autor | Wiadomość |
| Jakub Wroblewski
|
Posted: 20 Lis 2000 22:18:13 Witam, Przyszlo sporo odpowiedzi na post kolegi Grzegora, ale wydaje
mie sie, ze wiekszosc odpowiadajacych wypaczyla idee pierwszego maila.
Moim zdaniem Grzegorz nie napisal (latwo to sprawdzic, siegajac do
oryginalu), ze nie powinno uczyc sie pochodnych, trygonometrii, itp. Ja jego wypowiedz odebralem jako zaniepokojenie stanem wiedzy
polskich maturzystow. (...)
Z tym bym sie nie zgodzil, bylo w pierwszym poscie (i kilku nastepnych) kilka wyraznych stwierdzen w stylu "Sinusoida? Po kiego licha?". Moje zdanie na temat programu matematyki (zaznaczam, ze nie znam najnowszej jego wersji, raczej te sprzed ladnych paru lat) jest takie, ze rzeczywiscie pewnych rzeczy brakuje (za malo jest "matematyki finansowej", statystyki, przydalyby sie tez elementy teorii gier), co zmuszaloby do rezygnacji z paru innych tematow. Problemem jednak przy odchudzaniu programu jest miejsce, w ktorym tem proces sie zatrzyma. Grzegorz pisze, ze na wspolczesnym rynku pracy bardziej liczy sie umiejetnosc liczenia kafelkow, niz twierdzenie sinusow (czyzby przewidywal boom budowlany?). Otoz twierdze, ze na wspolczesnym rynku najbardziej potrzebna jest wszechstronnosc i umiejetnosc latwego przekwalifikowania sie, co narzuca konieczna nadmiarowosc umiejetnosci i wiedzy - po prostu NIE WIADOMO, komu i kiedy twierdzenie sinusow sie przyda. Nie wspominajac o tym, ze (zwlaszcza matematyczne) wiadomosci przydaja sie nie tylko po to, zeby pozniej uzywac ich w pracy, ale np. zeby zrozumiec czego ucza na innych przedmiotach. Oczywiscie zgadzam sie z tym, ze stan wiedzy polskich maturzystow zapewne moze wzbudzac zaniepokojenie, jednoczesnie jednak jestem przekonany, ze wiekszosc z nich wybuchnelaby smiechem, gdyby dostala na maturze zadania z Teksasu. Dodam, ze jestem zwolennikiem dosyc trudnej matury (takiej, ktora zdawaloby 15-20% absolwentow wszystkich rodzajow szkol), oczywiscie na zasadzie pozaszkolnego egzaminu panstwowego. ps. nauczycieli zachecam do przeprowadzenia na swoich uczniach
testu, chociazby takiego jak ta matura z Texasu. A innych do
sprawdzenia znajomych humanistow.
Sprawdzilem. Moja Malzonka (konczy polonistyke) na widok tych zadan wytrzeszczyla oczy i zaczela szukac jakiegos haczyka. Jeszcze bardziej sie zdziwila, kiedy sie okazalo, ze te zadania nie sa podchwytliwe, tylko po prostu latwe. Ale Ona byc moze nie jest typowa "humanistka", moze nalezaloby przetestowac niektore Jej znajome ze studiow (te, ktore na logice - biedne, musza sie jej uczyc! - programowo postanawialy nic nie rozumiec). Pozdrawiam, Jakub Wroblewski P.S. Wracajac do problemu "Po co Norwid...?", "Po co historia/literatura/..." np. informatykowi? Chocby po to, zeby Grzegorz nie musial tlumaczyc, o co Mu chodzi, gdy wspomina w swoim liscie o Marksie. I po to, zeby Andrzej Lewandowski nie musial wszedzie wstawiac emotikonow, liczac na to, ze czytelnicy znaja pojecie ironii (swoja droga, w ciagu ostatnich paru dni dwa razy okazalo sie, ze jednak powinien...). |
| Grzegorz Perczak
|
Posted: 20 Lis 2000 22:50:26 Panie Grzegorzu!
Wszystko o czym pan pisze powinno być znane uczniowi na poziomie szkoły podstawowej - O przepraszam obecnie gimnazjum... Liczenie rentowności obligacji również? Nie sądzę... Część z zadań cytowanych przez pana Lewandowskiego to zadania, które
swobodnie rozwiązują uczniowie klasy IV, pozostałe to nie wyżej niż klasa siódma - I gimnazjum, bo dopiero wtedy uczniowie zaczynają operować literkami we wzorach... A matura? I poziom polskich maturzystów? Duża część zatrzymała się na poziomie szkoły podstawowej... Ktoś kiedyś
wymyślił, że humaniści nie muszą zdawać matury z matematyki... I co wtedy? Matura z matmy powinna być. Choćby po to, aby móc tu dyskutować, czy jest lepsza od amerykańskiej. A serio. Matura, to dla mnie coś, co daje dowód na to, że jest się człowiekiem już do pewnego stopnia dojrzałym. I sprawdzenie, czy delikwent umie rozwiązać kilka życiowych, "trywialnych" - z punktu widzenia uczestników tej listy - problemów z pewnością nie zaszkodzi. Idzie taki maturzysta na studia np. na prawo... I trafia na koszmar...
Logika matematyczna... Zalicza to cudem, A czemu to koszmar? Odpowiedź tkwi w samym sposobie jej nauczania. Nie zdarza się bowiem często, aby jakiś wykładowca dochodząc do formuły [~(p OR q)] <= [~p AND ~q] potrafił / miał ochotę / miał czas wytłumaczyć na przykładzie przepisów prawa, jakie jest praktyczne znaczenie takiej zależności. Chociażby rzucił na tapetę przykładowo coś takiego: "PIT-31 wypełniają osoby spełniające jeden z podanych warunków: - nie uprawiają roli - mają żonę i dzieci" a potem zapytał studentkę jak by doradziła swemu klientowi, kto z jego pracowników nie wypełni PITu-31? Niestety, ci wykładowcy wyłożą najpierw kupę niezrozumiałych żuczków i krzaczków na tablicę, ozdobią kwantyfikatorami, dadzą przykładowe zadanko na sprawdzenie tautologii, zrobią egzamin, od mniej odpornych czasem wezmą łapówkę, i do widzenia! Ani słowa prozy mówionej, czy pisanej. Sama symbolika i hieroglify! Wykładowcy ci są poza zasięgiem jakiejkolwiek kontroli! Nikt nie sprawdza wartości dydaktycznej ich pracy, wykłady odbębniają jak chcą, byle była to tylko logika. a potem mamy efekty - wewnętrznie
sprzeczne prawo... Ano, mamy. Dlaczego? Bo logika jakoś do tej pory nie znalazła
uznania w programie nauczania w szkole - pojawiała się w wersji przeważnie szczątkowej w klasach o profilu matematyczno-fizycznym... Nie, nie dlatego. Przyczyny wyjaśniłem pozyżej. Nie wiem, czy nawet trzeba uczyć tego w wersji sformalizowanej... ale na
pewno trzeba... Przede wzystkim należy tego uczyć dla ludzi, dopiero potem w wersji sformalizowanej. Tylko po co komu wykształcone, logicznie myślące społeczeństwo? Przecież
niewykształconymi ludźmi się łatwiej rządzi... I może właśnie o to chodzi w USA? I do tego dąży się w Polsce?
To jakaś spiskowa teoria dziejów? Trudno z tym polemizować. Trudno się do tego odnieść. Grzegorz Perczak |
| Zocha
|
Posted: 20 Lis 2000 22:55:40 On Mon, 20 Nov 2000 02:10:20 +0100, Grzegorz Perczak
Liceum powinna dawac dwie rzeczy. Po pierwsze ksztalcic czlowieka o pewnym
poziomie wiedzy ogolnej, ktory wie, ze Brzechwa nie byl kompozytorem, a wspominana tu Arabia Saudyjska to nie wyspy Tonga. Czlowiek ten powinien potrafic pewne rzeczy (choc wiekszosc tego powinien wyniesc juz z podstawowki) ale tez wiedziec pewne rzezcy. Jest jasne, ze nikt nie musi sie dzis uczyc na pamiec Homera, czy Mickiewicza albo znac na pamiec caly uklad okresowy pierwiastkow, czy tez wszystkie lancuchy polskich Karpat, ale czasem warto moc np. w towarzystwie zablysnac recytujac z pamieci fragment Antygony (patrz Papiez), badz wiedziec, ze bedac na rozmowach handlowych z Pakistanem slowem nie wolno wspomniec, ze kiedys utrzymywalo sie kontakty handlowe z Indiami. To wszystko, wiedza ktora posiadamy, historia i dziela tworza nasza kulture, ktora przecietnie (nie "wyzszo") wyksztalcony czlowiek powinien znac. Problem w tym, ze przecietny Polak po podstawowce nie koniecznie to wie. Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi na wycieczce we Włoszech
przeliczyć na złotówki wyrażoną w lirach cenę butów z wystawy sklepowej, wiedząc ile lirów dostał za markę, oraz ile złotówek za markę w Polsce płacił? Umie to chociaż z 70%? Jaki to musi być kiepski poziom w polskiej szkole, która 30% populacji maturzystów takich rzeczy nie nauczyła liczyć. A A nie potrafi? Wykonac przyblizonego mnozenia? Nie wierze. A czy ma potrafic przeliczyc w pamieci, czy wystarczy na kalkulatorze? Bo
przyznam sie, ze w pamieci to pewnie sam mialbym problemy (przyblizenie byloby przynajmniej rzedu 15%) Tak, idziesz do sklepu, wyciagasz z kieszeni kalkulator, albo kartke i olowek i zaczynasz liczyc... ;-) Juz widze miny ludzi dookola. Poziom w
szkole jest zblizony, tyle ze w Polsce uczniowie traktuja szkole jako zlo konieczne i nie praktykuja czegos takiego jak nauka dla wlasnej przyjemnosci czy satysfakcji. Dopoki to sie nie zmieni, to wszelkie zmiany systemu oswiaty zdadza sie psu na bude. Pozwole sobie przytoczyc tu jedno z ulubionych powiedzen mojej matematyczki, pani profesor Olgi Stande: "Mozna konia przyprowadzic do wodopoju, mozna mu pokazac wode, mozna mu nawet zanurzyc pysk w tej wodzie, ale napic musi sie sam.". Problem w tym, ze w Polsce pcha sie koniowi pysk do wody sila, a nie zacheca zeby sam wlozyl i zobaczyl jaka ta woda dobra... potrafią ci maturzyści dodatkowo te liry przeliczyć w Austrii na
szylingi? Nie? No tak, na pocieszenie, nieźle sobie poradzą rozwiązując w zbiorze liczb rzeczywistych równanie sinxcox=0,50. Jesli nie wie sie co przez co pomnozyc, to nie rozwiaze sie rowniez podanego przez Ciebie rownania. Tu akurat bym sie klocil. Nawet malo inteligentny uczen jest w satnie zapamietac (czytaj wykuc) te trzy, cztery podstawowe typy zadan z danego zakresu materialu i rozwiazac je na sprawdzianie z powiedzmy srednim skutkiem (czytaj najwyzej pomyli sie w rachunkach, ale ogolnie bedzie dobrze). Problem pojawia sie natomiast, gdy pojawia sie nowy typ zadania i potrzeba odrobiny kojarzenia. I nie jest to tylko sprawa inteligencji. W pewnym stopniu mozna tego nauczyc. Tu zadałem niejasno pytanie, mój błąd. Przepraszam wszystkich. Powinno ono
brzmieć: "Czy potrafi PRZELICZYĆ oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych rat tego kredytu? " No coz, wiem z doswiadczenia, ze nie kazdy. Ale powtarzam, to jest wiedza, ktora powinno sie wyniesc z podstawowki (czy moze raczej obecnie z
gimnazjum). Liceum powinno dawac cos wiecej. Miedzy powinno, a wynosi sie, jest niestety spora roznica... Problem w tym, na jakim etapie wiedza przydatna powinna zostac zdobyta. Do
liceum idzie sie z wyboru, a nie z musu. Matura tez jet wyborem. Owszem, maturzysta powinien umiec przeliczac i rozumiec pewne podstawowe pojecia, ale nie matura powinna to sprawdzac. To powinno zostac sprawdzone najdalej po gimnazjum. Ty natomiast twierdzisz, ze mature powinien dostac ktos, kto radzi sobie tylko z takimi "zyciowymi" problemami. Tu sie nie zgadzamy. Prawie sie zgadzam, ale po co by mi byla ta cala moja wiedza, jesli w zyciu nie umialbym wypelnic glupiego PIT-a, bo bym go nie rozumial? Uwazasz, ze to takie proste? Widzisz, sa dwie metody nauki matematyki...
Abstrakcyjna i fizyczna. Pierwsza jest dla wielu niedostepna, druga jest tylko pewnym uproszczeniem. I tak zle i tak niedobrze. Problem polega na tym, ze zadania o ktorych mowisz sa w programie szkoly, ale tez uczy sie ich metoda "wykucia" wzorka i po roku nic sie nie pamieta. A zeby wiedziec dlaczego tak jest trzeba dowiedziec sie co to jest prostokat, dzialania itp. Niestety wielu ludzi po prostu nie jest w stanie przejsc plynnie od liczenia na patyczkach i jabluszkach do abstrakcji. Jeszcze wiecej w ogole nie jest w stanie powiazac abstrakcyjnych wzorkow z rzeczywistoscia. Tego nie da sie nauczyc. Mozesz powiedziec "ten wzorek sluzy do liczenia ilosci kafelkow potrzebnych do pokrycia sciany", ale dla ucznia to i tak bedzie wzorek. On go sobie nie bedzie potrafil wyprowadzic... A w ten sposob i tak go wkrotce zaopmni. I tu wlasnie jest problem, bo do liceum wpuszcza sie osoby, ktore nie przeskoczyly poziomu jabluszek i nie maja pojecia o mysleniu abstrakcyjnym. I nic nie da, ze nauczy sie kilku je typow rownan i ze czasem uda im sie ktores z nich dobrze rozwiazac, bo one tam byc nie powinny. Smutne i ostre, ale niestety prawdziwe. Owszem, umiem pomnozyc dwie liczby przez
siebie - znaczy, policzyc procent skladany. Przede wszystkim wiesz że trza pomożyć, co trza pomnożyć, i dlaczego trza akurat to, a nie co inego pomnożyć. A wytłumaczyć tego w prostym zadaniu z treścią nie każdy nauczyciel w podstawówce ma czas i ochotę. W szkole sredniej to samo. Trza przecież gonić, bo w planach sa równania wykładnicze z sinusami. Niestety jest sporo bzdur wymyslanych przez Kuratorium, ktore faktycznie nikomu nie sa do niczego potrzebne, ale wprowadzonych dopiero po reformie. Na przyklad przecietny licealista nie ma najmniejszych szans zrozumiec czegokolwiek ze struktur algebraicznych, ktorych teraz uczy sie w liceum. Wiec o czym my mowimy, jesli ci "madrzejsi" wiedza lepiej? A potem sie dziwimy, ze mlodziez sie uczyc nie chce... Zostalo to wystarczajaco
jasno omowione w szkole podstawowej, ze nie mialem z tym problemu wtedy tak samo, jak i teraz. I jakos starczylo jeszcze czasu na sinusoide i twierdzenie Talesa. Czy wierzysz, że Twój przypadek jest typowy? Nie, ale swiadczy, ze mozna. I po prostu nalezy podwyzszyc poziom wksztalcenia nauczycieli. A dokladniej ich umiejetnosc przekazywania wiedzy i sprawdzania, czy sie ta wiedze przekazalo. Bo tego brakuje. I o to chodzi! Lukasz Indeka |
| Grzegorz Perczak
|
Posted: 20 Lis 2000 23:39:31 A czy ma potrafic przeliczyc w pamieci, czy wystarczy na kalkulatorze? Bo
przyznam sie, ze w pamieci to pewnie sam mialbym problemy (przyblizenie byloby przynajmniej rzedu 15%) Chodzi mi o liczenie na kalkulatorze. A na marginesie, aby policzyć jaka jest wartość 1000 lirów wyrażona w
złotych, to w powyższym przykładzie należy akurat wykonać dzielenie. Moglbym sie z tym sprzeczac ;-) Kupił markę w Polsce w kantorze po 2.04 zł. W kantorze włoskim dostał za nią 1020 lirów. Zatem 1000 lirów ma wartość 2.04/1.02=2 złote. Ja wiem, Ty jednak zapewne przypomnisz o konieczności podzielenia przez 1020 i POMOŻENIA przez 1000. Taki dowcipniś z Ciebie. Jesli nie wie sie co przez co pomnozyc, to nie rozwiaze sie rowniez
podanego przez Ciebie rownania.
I tu tkwi istota naszego sporu. "Czy potrafi PRZELICZYĆ oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych
rat tego kredytu? "
No coz, wiem z doswiadczenia, ze nie kazdy. Ale powtarzam, to jest wiedza, ktora powinno sie wyniesc z podstawowki (czy moze raczej obecnie z gimnazjum). Liceum powinno dawac cos wiecej. Jesteś kolejnym "ambitnym" do podnoszenia poziomu nauczania w szkole. Do granic absurdu. No to proszę, zaserwujmy w podstawówce dzieciom zadanko: Pan Henio wziął 1000 zł kredytu na 1 rok i spłacał go w dwunastu równych ratach po 1000 zł. Ile wynosiło oprocentowanie kredytu w stosunku rocznym? O tym, jaką stopę się zwyczajowo w takich wypadkach podaje (stopę liniową (prostą)/ z kapitalizacją miesięczną/roczną/ stopę ciągłą) to już nawet zamilknę. Albo takie zadanko. Pan Józio wziął 1000 zł kredytu oprocentowanego 22 % w stosunku rocznym (oprocentowanie liniowe (proste)). Spłaca go w 12 równych ratach. Jaka jest wysokość jednej raty? Trzaskają dzieci na kółku w podstawówce takie zadanka? A w ogólniaku? Dobrze im idzie? Rozwiąże to z 10 procent populacji maturalnej? Co takiego więcej wobec tego powinno dawać liceum? No co? Owszem, maturzysta powinien umiec przeliczac i rozumiec pewne podstawowe pojecia,
ale nie matura powinna to sprawdzac. To powinno zostac sprawdzone najdalej po gimnazjum. Ty natomiast twierdzisz, ze mature powinien dostac ktos, kto radzi sobie tylko z takimi "zyciowymi" problemami. Tu sie nie zgadzamy. Tak jest. Bo gdyby sobie "tylko" z takimi problemami radził, to poziom wiedzy wielu uczniów by wzrósł. I tego nie potrfię juz dobitniej wytłumaczyć. Grzegorz Perczak |
| yayo
|
Posted: 21 Lis 2000 01:40:08 On Sun, 19 Nov 2000 23:57:37 +0100, "Grzegorz Perczak"
Prawde mowiac, nie wiem, po co przecietnemu maturzyscie znajomosc
akurat ksztaltu sinusoidy. Nie wiem tez, po co mu cos wiecej niz umiejetnosc czytania, pisania i dodawania liczb naturalnych w zakresie 1...10. Po co licealiscie literatura, geografia, fizyka... moment. Nie po co tylko: ile. Moje dziecko zna cykl rozwojowy wypławka, doskonale orientuje się w chlamo-cośtam a nie umie nazwać 99% drzew spotkanych w lesie. Tak samo jej ojciec poddany podobnej obróbce. A nie potrafi? Wykonac przyblizonego mnozenia? Nie wierze.
Co do skuteczności nauczania matematyki bardzo pouczające są analizy z egzaminów wstępnych bodajże na agh. Właściwie można wierzyć iż uczeń z oceną celującą jest "celujący" pozostałe oceny nie oddają wiedzy ucznia. Uczestnicy dyskusji przeceniają znaczenie "wysokopoziomowej" matematyki w
życiu człowieka. Komu w życiu codziennym zdarzają się problemy, w których mniej lub bardziej bezpośrednio potrzebna była znajomość twierdzenia cosinusów? Zupelnie nie rozumiesz. Dlaczego uwazasz, ze ktos, kto nie ma zadnej
"nieprzydatnej" wiedzy ogolnej, powinien dostac mature? Niestety nie rozumiem pytania. Ze wstydem przyznaje, iż zawiodła mnie zdolność rozumienia słowa pisanego. Zasadniczo maturę rozumiem jako egzamin sprawdzający przydatność delikwenta do dalszej nauki. Tylko inne są wymagania w stosunku do przyszłego prawnika niż np matematyka. Jestem pewien że obaj stracili mnóstwo czasu. Nieprawda. Twierdze, ze ktos, kto nie potrafi rozwiazac zadan
przedstawionych przez Andrzeja Lewandowskiego, nie powinien opuscic szkoly podstawowej ze swiadectwem w reku. Uwazam tez, ze w gimnazjum i liceum moglby nauczyc sie czegos nowego. Czego ? Najczęściej uczeń po podstawówce ma braki wynikające z przeciążenia, nienadążania za programem. Te braki skutecznie uniemożliwiają zrozumienie nowych tematów. Kończy się ryciem na pamięć. A polska szkoła uczy niemal tylko takich rzeczy na matematyce, które
zasługują na zapomnienie. I na polskim. I (zwlaszcza!) na historii. I na...
I na geografi. Np. moja córka zna powierzchnie kontynentów, a nie umie skorzystać z mapy by określić jak daleko jest do Suwałek i ile czasu będziemy tam jechać. Nikt jej nie powiedział _jak_ znaleźć te Suwałki. Ten sposób edukacji kończy się szukaniem Łodzi na wybrzeżu. Dlatego proszę wszystkich nauczycieli, aby wreszcie zadbali, aby ich
uczniowie widzieli, że to czego na matematyce uczą się w szkole, przyda im się w życiu dorosłym. A ja bym prosil tych nauczycieli, by pokazali rowniez, ze matematyka
moze byc piekna. Ja na takich nauczycieli trafilem - i bardzo sie z tego ciesze. A z innych przedmiotów też miałeś takie szczęście ? Wszystkie przedmioty uważasz za piękne ? Umiesz jeszcze czytać nuty ? (mnie tego uczono) A zaśpiewać ? też musiałem. Motywy romantyczne w twórczości Broniewskiego - umiesz coś sklecić tak ad hoc ? A może los "wysadzonych z siodła" na podstawie "Nocy i Dni". A redoxa z nadmanganianem w środowisku zasadowym napiszesz? a w kwaśnym? Datę bitwy pod Cedynią pamiętasz ? A o co się tam bili i dlaczego ? Spojrzyj za siebie, i powiedz ile z tej wiedzy już wyparowało. Pomyśl, gdzie byś był teraz, gdybyś czas stracony na poezje Staffa, rozmnażanie pierścienic i historię Francji wykorzystał na studiowanie matematyki. Na tym polega siła tamtego sposobu nauczania. Nie odbiera się szansy rozwijania zainteresowań. Program ogólny nie jest zbyt szeroki i przystaje do zdolności średniego ucznia pozostawiając wystarczjąco dużo czasu tym zdolniejszym na rozwój zainteresowań. yayo |
| Grzegorz Perczak
|
Posted: 21 Lis 2000 02:39:44 No coż. Mój tytułowy (jednak dość chaotyczny) post wywołał żywą dyskusję. Moi adwresarze "uderzyli" zasadniczo w 3 punkty, które opisałbym następująco: 1. Są wśród nas różnice zdań, w znalezieniu odpowiedzi na proste pytanie:" Po co dzieci chodzą włąściwie do szkoły?" Możliwych odpowiedzi jest kilka: a) przede wszystkim po to, aby w dorosłym życiu znaleźć pracę, robić to co lubią i nikogo nie prosić w życiu o łaskę. Po to by każdy absolwent przede wszystkim i na pewno poradził sobie w życiu przy różnych drobnych problemach, jakie ono stawia. Aby poradził sobie w konkurencji z innymi. By jego nauka i wiedza była efektywna, na miarę jego zdolności, którymi Pan Bóg bardzo różniaście ludzi obdzielił. b) przede wszystkim po to, by być mądrym człowiekiem z dużą wiedzą ogólną. Niekoniecznie na co dzień wykorzystywaną. Ale też by "przy okazji" móc znaleźć jakąś robotę. c) wyłącznie po to, by być mądrym człowiekiem z dużą wiedzą ogólną. A życia uczyć się potem samemu. Każdy z tych profili wymaga innego sposobu uczenia. Moi adwersarze w zasadzie odrzucają odpowiedź a) choć wprost tego nie powiedzieli. Dawali wyraźnie do zrozumienia, że szkoła średnia ma przede wszystkim dawać wiedzę ogólną, niekoniecznie ściśle na co dzień wykorzystywną. Pośrednio preferują odpowiedzi b) i c). No coż. Jeśli jest gdzieś jakaś szkoła publiczna, której dyrektor nie stawia sobie w nauczaniu PRZEDE WSZYSTKIM celu umiejętności znalezienia się absolwenta na rynku pracy (na tyle na ile się to może dać, rzecz jasna), to byłoby dobrze, gdyby na jej dziedzińcu wywiesił neon o treści np. "Tu nie preferujemy nauczania umiejętności praktycznych jakie ludziom będą potrzebne w życiu". Po to by było uczciwie. By rodzice na wszelki wypadek wiedzieli, jakiej przyszłości mają się spodziewać dla swych pociech, które skończą taką szkołę. By nie zdziwili się, gdy zawołają: "Mamo, Świat jest brutalny i jakiś inny od tego co nas w budzie uczyli. Nie mogę sobie poradzić! Wyrzucają z roboty za byle co!" Te neony także po to, by samorządy terytorialne, których głównym problemem jest gigantyczne bezrobocie na ich terenie, wiedziały na utrzymanie jakiej to szkoły łożą kasę. Lub też zdecydowały się przestać łożyć. Bo nie każdy po miejscowej szkole pójdzie na studia. Więc wbrew przedstawionej tu opinii w dyskusji szkola musi tez przygotować do jakiegoś konkurowania na rynku . Czyli, jak jej absolwent pojedzie na saksy, to niech jednak umie te waluty przeliczyć. Przyda mu się, aby go nie wykiwali za granicą przy płaceniu pensji za zwiezione drzewo. A gmina wyplaci mniej zasiłku na jego bezrobocie. 2. Problem tego co jest, a co nie jest potrzebne w programie matematyki. Gdzieś 40-50 lat temu w podręcznikach do szkól średnich pełno było zadań z trygonometrii w przestrzeni. Rysowano ostrosłupy, kule, kąty dwuścienne, kąty między krawędziami, zastanawiano się gdzie leży spodek wysokości bryły, obliczano jej objetość, długości boków itd. Obliczone wielkości charakteryzowały się dość skomplikowanymi formułami. Sinus, cotangens ścielił się gęsto. Wyobrażam sobie ile stresów, dwój i płaczu te zadania uczniom dawały. I co? I nic. Program zmieniono. W miejsce ostrosłupów prawidłowych czworokątnych pojawiła się np. geometria analityczna i wątpię, aby absolwenci szkól mieli jakąś skazę na wykształceniu nie mając na maturze styczności z bryłami. No, zapytać się jeszcze można, czy geometria analityczna z kolei poprawiła ich poziom wykształcenia. Moim zdaniem niespecjalnie. Nauki ścisłe cholernie różnicują zdolności uczniów. Problemem, którego nie chcą zrozumieć moi adwersarze jest to, że nie sposób jest uszyć garnituru który by pasował dla wszystkich. Nie sposób jest opracować uniwesalnego jednego programu nauczania, który by efektywnie uczył wszystkie dzieci w klasie jednocześnie. Jeden nie rozumie nic od kilku lekcji, drugi rozwalił juz wszystkie zadane zadanka i się nudzi. Jesli nauczyciel zajmie się jednym, to w tym czasie będzie to ze szkodą dla drugiego. Nauczyciele chyba przyzwyczaili się traktowac to jako coś normalnego, dla mnie to jest chore do sześcianu. Tak jak napisałem, twierdzę że nie każdy jest w stanie się nauczyć, czym jest i do czego przyda się ten sinus. Nie każdy skojarzy w życiu możliwość zastosowania w danym momencie prostego równania kwadratowego. Może więc lepiej zadbać, aby to równanie, jak już się go nauczył, wiedział do czego je można w życiu zastosować? Może to go zmotywuje do zainteresowania się czymś jeszcze z tej matematyki? Podtrzymuję zdanie, że polowie maturzystów mogłaby darować uczenie się 2/3 tego co się uczą obecnie na matematyce w ogólniaku. Zamiast tego możnaby poprawić jakość tego co nauczyli sie dotychczas z tej matmy. Aby nie tylko coś z matmy umieli, ale również ROZUMIELI i w konkretnym momencie potrafili skojarzyc, z którego przybornika posiadanej wiedzy należy skorzystać. I twierdzę, że w 5 lat po maturze W PRAKTYCZNYM wykorzystaniu swej wiedzy byliby znacznie lepsi niż obecnie. Żródłem całego zła w polskim (i nie tylko chyba) nauczaniu matmy jest jakaś naiwna wiara, ze ludzie są "podobni", niemal "równi". Że jednemu, drugiemu i trzydziestemu mozna wkładac na lekcji do głowy równanie elipsy, i nikt nie będzie się nudził; wszyscy będą słuchali uważnie. Bo nie ma na pewno w klasie nikogo, kto to już umie i rozumie, oraz nikogo, kto robi "mądre" miny na widok tej czarnej magii. Ludzie, to jest nonsens! Moi adwersarze niepokoją się, ze jeśli zadbamy na lekcji w zbyt dużym stopniu o waluty i procenty, to uczniowie najzdolniejsi na tym ucierpią. Ich wiedza ogólna spadnie. Więc stworzyć dla nich osobne gimnazjum, osobną klasę! Po cholerę w kilkudziesięciotysiecznych miastach po kilka "uniwersalnych" liceów? Nie można w jednej szkole zrobić obowiązkowych zajęć fakultatywnych dla zdolniejszych? Uważam, że uczenie wszystkich, przypadkowo dobranych dzieci w jednej klasie, jednego programu nauczania jest bez sensu! To tak jak wrzucać kamienie na chybił-trafił do rzeki i wierzyć, że postawi się z tego most! W obecnej sytuacji szkoła kształci troglodytów myślowych. Mozna ich podzielić na trzy grupy: a) najmniej zdolni (ok. 30 %) - nie umieją nic. Kompletnie nic. b) bardziej zdolni -(ok. 50 %) umieją niewiele. Umiejętność skojarzenia posiadanej wiedzy z matematyki do zaistniałej nagle potrzeby jest u nich jednak żadna. Czyli w praktyce nie umieją też nic. c) najbardziej zdolni umieją znacznie mniej, niż w sytuacji, gdyby nauczyciel więcej czasu im na lekcji poświęcił. Bo był zajęty wydzieraniem się na jakiegoś gamonia, że znowu nie odrobił lekcji. Lub robieniem sprawdzianu poprawkowego dla jedynkarzy. Najbardziej zdolni są bez szans na zdanie egzaminu na obleganą uczelnię, w konkurencji z absolwentami renomowanych liceów. Gdzie dyrektorzy mają renomę i siłę przebicia, aby sobie uczniów o jednolitym, wysokim poziomie dobrać do swego wymagającego programu. Mój "główny" adwersarz jest za zwiększeniem wymagań stawianych na maturze. Chce, aby maturzystom stawiano wysokie wymogi. Co to w obecnej sytuacji GLOBALNIE da? Ano, nic. Zwiększy się nieco grupa a), zmniejszy się z jednej, a zwiększy z drugiej strony grupa b), i zmniejszy się grupa c). To wszystko. Poziom umiejętności bedzie nadal żenujący. Sądzę, że grup uczniów do nauczania matematyki powinno być co najmniej trzy. I podział programowy powinien być znacznie bardziej wyrazisty, niż to obecnie jest pomiedzy profilem ogólnym, a mat-fiz. Ale matura powinna być na miarę tych najsłabszych. Nie ma sensu piłować mocniej. Ci zdolniejsi zasadniczo prawdziwą "maturę" bedą zdawać na egzaminie wstępnym. To im wystarczy. A czego uczyć konkretnie tych najsłabszych i srednich? Kilka przykładów podałem. W jednym z postów padło coś nt. średniej ważonej. To bardzo istotna wielkość, niezwykle przydatna w życiu, po macoszemu i "z trepa" potraktowana w ogólniaku. A dość prosto i długo możnaby się nią pastwić w grupie najsłabszej i średniej. O tej średniej ważonej bliżej napiszę może jutro. Czego ich nie uczyć? W grupie najsłabszej wyżywania się trygonometrią na trójkącie . Nie ma już ostrosłupów, nie muszą więc być i trójkąty. Gospodarka nie potrzebuje astronomów i geodetów w nadmiarze. Inaczej pierwszy namawiałbym do konieczności wprowadzenia do programu nawet trójkątów sferycznych! Ludzie zaś potrzebuja od czasu do czasu w domu policzyć, ile trza kupić tapety i terrakoty. I nie musi mieć to nic wspólnego z boomem budowlanym, jak to ktos tu sugerował. Kiedyś (ze 2 lata temu) w Gazecie Wyborczej chyba ówczesny Wiceminister Edukacji Narodowej wspomniał o tym jak jego dziecko uczyło się matematyki w USA. Zerknął on raz do zeszytu dziecka, a tam niemal wyłacznie zadania zaczynające się od frazy: "Ile dolarów...". Był trochę zdziwiony. Po jakimś czasie zajrzał znowu, a tam tylko forsa i dolary w zadanich. Gdy namierzył jej aktualne zadanka znowu po jakimś czasie, znowu zobaczył "Ile dolarów..." Twierdził, ze obejrzał dopiero wtedy uwaznie zeszyt dziecka. I zobaczył, ze "życiowymi" zadaniami zilustrowano ogromną ilość materiału nauczania matematyki. Wspomniał o ciągach i wielomianach. Pomysłowość samych zadań budziła jego zachwyt. Tam człowiek od razu, na bieżąco wie do czego jest w życiu matematyka! Trochę chyba przesadził, z obrobieniem ogromnej ilości materiału szmalem i dolarami. Ale jego chęć nadania refomom naszego programu nauczania opisanego kierunku, gorąco popieram. Bo ja twierdzę że ten szmal jest znacznie ważniejszy niż trójkąty. Nie denerwujcie się ludzie, to nie musi być wstyd nie wiedzieć, jak wygląda trójkąt. Może wstydem jest nie umieć obliczyć zysku w firmie o prostych przepływach pieniężnych? Zadań z matematyki finansowej jest mnóstwo. Da się o niej mówić dużo w każdej grupie: słabej, sredniej, silnej. A na obligacjach, ich własnościach, to można poprowadzić matematykę w ogólniaku na takim poziomie w najsilniejszej grupie, ze lepiej nie trzeba. Ale najpierw z połowa nauczycieli sama się musi dowiedziec co to jest ta obligacja. 3. Nieumiejętność zrobienia prostego zadania obliczeniowego wyklucza obecnie mozliwość zdania matury. Prawda to czy fałsz? Oczywiście że fałsz. Ja rozumiem głosy części tych, którzy twierdzą, że zdanie matury przez takich ludzi jest niemożliwe. Ale przyznanie się do tego, że to zdanie jest fałszywe, oznacza poważny cios w sens ich pracy pedagogicznej. A trudno im uwierzyć w to, że ich co niektórzy absolwenci to ludzie pozbawieni podstawowych umiejętności matematycznych. Jutro może napisze o tym dokładniej przy okazji średniej ważonej. A teraz może zadanie, które potrafi sprawiać trudność ponoć świetnie wykształconym kandytatom na dealerów bankowych: Kurs USD/CHF wynosi u ciebie obecnie: kupno - 1.2010, sprzedaż - 1.2015 ( to znaczy : dolca jesteś gotów kupić po 1.2010 franka szwajcarskiego, a sprzedać go po 1.2015). Kurs USD/PLN wynosi u ciebie obecnie: kupno - 4.5420, sprzedaż - 4.5440. ( to znaczy : dolca jesteś gotów kupić po 4.5420 złotego, a sprzedać go po 4.5440 złotego) Ile wyniesie u ciebie kurs kupna i sprzedaży: a) CHF/PLN b) PLN/CHF ? Czy wiecie ludzie, jak się ludziom po polskiej maturze często miesza w głowach, gdy robią takie przeliczenia? Obliczyć, to obliczy to każdy. Prawidłowo, to jednak już nie każdy. A ile jest z tego powodu pomyłek na rynku walutowym... Za dużo najedli się cosinusów? A może to był inny trójkąt? Pozdrawiam serdecznie, Grzegorz Perczak |
| yayo
|
Posted: 21 Lis 2000 03:14:34 Kolega pisze z konta AGH... Przepraszam ze zapytam, student czy
nauczyciel akademicki?... Na studiach ucza kolosalnej ilosci rzeczy ktore inzynierowi nigdy sie nie przydadza: jakiejs chemii, jakiejs fizyki, jakiejs matematyki, kto slyszal zeby komus w fabryce byly potrzebne calki potrojne, musi umiec poslugiwac sie holajza, ot czego trzeba nauczac mlodych inzynierow... Cala ta teorie wzglednosci i tak zapomna 5 minut po egzaminie. Czy ktos widzial zeby owa w fabryce sie przydala?.. Albo liczenie pochodnej?... Kto w fabryce liczy pochodne?... Co prawda nie do mnie ale się wetne. Całą tą wiedzę zapomina się prawie natychmiast. I prawie natychmiast się ją odzyskuje kiedy trzeba przystąpić do odbioru pracy zleconej na uczelnię. OTW i STW są niezwykle przydatne w rozliczaniu kartek na mleko, bonów na zupę z wkładką, pilnowania terminów ważności kasków ochronnych, wysyłaniu ludzi na badania okresowe. Miałem niezwykłe szczęście i udało mi się raz użyć mego potencjału matematycznego: zapotrzebowano u mnie wzór na objętość cieczy w walczaku na podstawie wskazań wysokości słupa cieczy. Trudność polegała na tym iż zbiornik leżał a wzór miał być prosty i jeden. Skończyło się na sporządzeniu nomogramu. Niestety, to wiedza gdzieś ze szkoły średniej. Tak, tak, gleboka prawda, nie tylko mature trzeba zmodernizowac i
odchudzic, ale pzrede wszystkim studia wyszsze. Liceum to mala pestka w prowonaniu z tym jak ludziom na studiach robia wode z mozgow... W przeciwieństwe do szkoły średniej na studiach raczej nie miałem przedmiotów niepotrzebnych. Moi znajomi też nie. Katedry są jednak dość dobrze zdefiniowane tematycznie więc nie ma kuriozalnych sytuacji że przyszły germanista rozwiązuje równanie Shroedingera Choć oczywiście nikt mu nie zabrania. W świetle niektórych tutaj wypowiedzi rozumiem że powinien to robić w pamięci i to jeszcze przed studniówką. yayo |
| << . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 20 . 21 . >> |