| ° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj ° | |
| samochody ciężarowe ° Auto giełda ° Sprzedam motocykle ° |
| Matma / A polska matura jest lepsza?! (było: "Matura z matematyki w stanie Teksas w USA" ) |
| . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 20 . 21 . >> |
| Autor | Wiadomość |
| Grzegorz Perczak
|
Posted: 19 Lis 2000 22:57:37 Z prawdziwym niepokojem przeczytałem głosy w dyskusji w wątku "Matura z matematyki w stanie Teksas w USA" zapoczątkowanym przez A. Lewandowskiego 11.11.2000 r. W dużym skrócie, dyskutanci przedstawiali dowody "niskiego" poziomu nauczania w amerykańskich (a także i niemieckich) szkołach w porównaniu do poziomu obowiązującego w szkołach polskich. Zastanawiano się także nad przyczynami i implikacjami tego faktu. W którymś momencie dyskusji przyczyny jednak zaczęły się mieszać z wnioskami. Do tego się jednak nie odniosę. Przede wszystkim jednak ciekawi mnie, na jakiej podstawie pada stwierdzenie, że przedstawiony poziom nauczania jest niski? Dlaczego fakt, że Amerykański maturzysta nie wie co to trójkąt (a w domyśle zapewne w ogóle nie zna tw. Pitagorasa, podobieństwa trójkątów, nie mówiąc o tw. sinusów, czy wzorze Herona) jest rzekomo tak oburzający? Szanowni dyskutanci, jesteście pewni wyższości polskiego sposobu nauczania matematyki? Wg jakiej miary twierdzicie, że Europejczycy (czyli także Polacy) i Azjaci umieją z tej matematyki więcej niż drugie pokolenie Amerykanów? Co to znaczy "więcej"? Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi poprawnie policzyć ilość płytek glazury jaką trzeba kupić w różnych kolorach, aby prawidłowo pokryć zadanym deseniem potrzebną ilość ścian w łazience? Czy policzy to chociaż z 70% maturzystów? A co z pozostałymi 30 procentami? Co do licha robili polscy nauczyciele przez 12 lat nauki, skoro taki delikwent nie potrafi po maturze pomóc ojcu w obliczeniach remontowych? Uczyli go kształtu sinusoidy? A po kiego licha? Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi na wycieczce we Włoszech przeliczyć na złotówki wyrażoną w lirach cenę butów z wystawy sklepowej, wiedząc ile lirów dostał za markę, oraz ile złotówek za markę w Polsce płacił? Umie to chociaż z 70%? Jaki to musi być kiepski poziom w polskiej szkole, która 30% populacji maturzystów takich rzeczy nie nauczyła liczyć. A potrafią ci maturzyści dodatkowo te liry przeliczyć w Austrii na szylingi? Nie? No tak, na pocieszenie, nieźle sobie poradzą rozwiązując w zbiorze liczb rzeczywistych równanie sinxcox=0,50. Czy polski młodociany kibic sportowy potrafi dobrze skalkulować z tabeli, ile jego ukochana drużyna powinna wygrać w ostatnich dwóch kolejkach w różnych wariantach spotkań przeciwników, aby zostać mistrzem Polski? Czy Polski maturzysta potrafił będzie w życiu dorosłym wybrać bank który da mu największe odsetki od złożonej lokaty? Czy potrafi obliczyć oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych rat tego kredytu? A przecież do tego nie trzeba do cholery nawet logarytmów! Odnoszę wrażenie, że spora ilość uczestników tej dyskusji to nauczyciele. I ich sposób myślenia pokazany w dyskusji bardzo mnie niepokoi. Bo dla mnie świadczy on o mentalności typu: "Panie kuratorze proszę spojrzeć na wysoki poziom nauczania w naszym ogólniaku. Nasi absolwenci znają równania krzywych stożkowych, schemat Bernouliego, elementy rachunku różniczkowego, na kółku matematycznym trzaskamy zadania z olimpiad międzynarodowych, a wśród naszych absolwentów jest wielu olimpijczyków". Tylko, że za takim podejściem do nauki matematyki kryją się też uczniowie, którzy tej szkolnej matematyki ni w ząb nie kumali. Uczyli się "bo musieli". Trójki na koniec roku mieli, bo uczyli się regułek. Na maturze jedno zadanie udało się im zrobić, drugie ściągnęli (a w Polsce jest przyzwolenie na ściąganie, w przeciwieństwie do USA). W pół roku po maturze nie pamiętają już nic z tego "wysokiego" polskiego matematycznego poziomu nauczania. Ale policzyć z pieniędzy prostego procentu składanego nie potrafią, bo w szkole uczyli ich nudnego ciągu geometrycznego. A nikt im nie powiedział, że procent składany o którym mówi Pan w banku, to właśnie ciąg geometryczny. Za to nikomu do niczego niepotrzebnych zadań typu "W trójkącie ABC boki tworzą ciąg geometryczny..." rozwiązywali bez końca. Uczestnicy dyskusji przeceniają znaczenie "wysokopoziomowej" matematyki w życiu człowieka. Komu w życiu codziennym zdarzają się problemy, w których mniej lub bardziej bezpośrednio potrzebna była znajomość twierdzenia cosinusów? Ludzie zrozumcie, przeciętny człowiek jest w stanie w szkolnej nauce dobrze ZROZUMIEĆ co najwyżej tyle, ile jest w przedstawionych zadaniach maturalnych w USA. Więcej co najwyżej będzie UMIAŁ. Co najwyżej nauczy się zakuć coś co i tak nie zrozumie. A potem, rok po maturze, niestety wszystko zapomni, stając się matematycznym analfabetą funkcjonalnym. A polska szkoła uczy niemal tylko takich rzeczy na matematyce, które zasługują na zapomnienie. Dlatego proszę wszystkich nauczycieli, aby wreszcie zadbali, aby ich uczniowie widzieli, że to czego na matematyce uczą się w szkole, przyda im się w życiu dorosłym. Podobnie jest na innych przedmiotach w szkole. W odróżnieniu od amerykańskich dzieci, polskie dziecko wie, gdzie leży na mapie Arabia Saudyjska. Ba! Poda też ilość wydobytej przez ten kraj ropy w 1997 r. Tylko niestety często nie poradzi sobie z dostaniem się z jednego końca na drugi koniec nieznanego sobie dużego miasta. Bo nie umie ocenić na planie tego miasta, struktury linii autobusowych i tramwajowych. I tak produkuje się u nas analfabetów funkcjonalnych. Posunę się jednak jeszcze dalej. Jaki odsetek najlepszych, PIĄTKOWYCH maturzystów potrafi obliczyć rentowność do wykupu obligacji o stałym oprocentowaniu, znając jej cenę, oprocentowanie kuponu i ilość dni do wykupu (w EXCELU funkcja YIELD) ? Obligacja, to przecież to podstawowy bezpieczny i wysokodochodowy instrument, w którym ludzie lokują w krajach wysokorozwiniętych swe oszczędności. Odsetek tych uczniów jest mizerny? No to jaki odsetek samych nauczycieli matematyki potrafi to policzyć? Czy fakt, że polscy nauczyciele nie mają na ogół dużych oszczędności (no może poza skorumpowanymi) usprawiedliwia ich przed nieumiejętnością nauczenia siebie i ich uczniów takich rzeczy, które w życiu są wszystkim przydatne? Tak, tak, ja wiem - "o obligacje kurator się nie zapyta, więc po co tracić na nie czas, ważne jest aby przerobić program i napiać konspekt. Moi uczniowie nic nie umieją z trygonometrii, co im tam będę nawijać o obligacjach..." W omawianej dyskusji, dało się odczuć zaniepokojenie jej uczestników "obniżeniem" poziomu nauczania (patrz post o zadaniach z syllabusa). Czy aby na pewno obniżeniem? A może właśnie ktoś chce, zrobić tak, aby polski maturzysta nie był analfabetą funkcjonalnym? Aby przede wszystkim umiał przeczytać instrukcję do obsługi pralki, zamiast znajomości cyklu Carnota? Czy aby na pewno osoba która potrafi napisać wzór iloczynu wektorowego, potrafi także porządnie dodać dwa wektory? Czy aby na pewno lepiej uczyć wzoru na sinus sumy dwóch kątów, zamiast znaczenia pojęcia "procentowego udziału stacji telewizyjnej w zyskach z reklam"? Jeśli ktoś chce coś zmienić, aby uczniowie nareszcie uczyli się czegoś pożytecznego w szkole, to chyba jednak nie uda mu się to, jeśli wziąć pod uwagę poglądy myślowe większości uczestników omawianej dyskusji. Jeszcze taki cytat: U nas ciagle jeszcze (nie mowie, ze to zle) obowiazuje dosc
wysoki poziom wymagan z przedmiotow, z ktorymi delikwent nie zamierza miec do czynienia w zyciu zawodowym. W Ameryce zaraz rodzice wzieliby na dywanik dyrektora szkoly: "Jak znajomosc poezji Norwida zwiekszy szanse mojego dziecka na rynku pracy?". Stad zapewne bierze sie taka a nie inna tresc zadan, ktore zapoczatkowaly te dyskusje. Kiedy w Polsce ja będę mógł wziąć sobie na dywanik dyrektora szkoły i trochę mu poprzestawiać w głowie? Starałem się pokazać, że polska szkoła nic nie uczy swych wychowanków, aby sobie poradzili w kraju o gospodarce rynkowej (procenty, kredyty, obligacje) i postępującej globalizacji (najprostszy przykład, to wymiana walut). I pod tym względem - jak widzę - jej poziom jest NIŻSZY od szkoły amerykańskiej. "Gratuluję" nauczycielom, uczestnikom tej dyskusji dobrego samopoczucia. Czy jest ono wynikiem komuszej mentalności o jaką nauczyciele czasami są oskarżani (np. ZNP)? No cóż, być może niektórzy polemizować ze mną będą twierdząc, że jak się umie policzyć pochodną z funkcji f(x)=sinx, to i potrafi się policzyć ilość sznurka potrzebnego do obszycia obrusa. A uczniów trza uczyć jak najwięcej, bo wtedy będą najlepsi i najmądrzejsi. Uczyć nie tylko o glazurze i procentach składanych, ale i o symetralnych i podobieństwach w trójkącie. Jeśli ten pogląd w dyskusji miałby zwyciężyć, to zawczasu jednak przypomnę: był taki pan, który uważał podobnie, że duża ilość przechodzi z czasem i w wysoką jakość. Nazywał się on Karol Marks. Pozdrawiam serdecznie, Grzegorz Perczak |
| Maciej Bojko
|
Posted: 19 Lis 2000 23:42:13 On Sun, 19 Nov 2000 23:57:37 +0100, "Grzegorz Perczak" Z prawdziwym niepokojem przeczytałem głosy w dyskusji w wątku "Matura z
matematyki w stanie Teksas w USA" zapoczątkowanym przez A. Lewandowskiego 11.11.2000 r. [...] Przede wszystkim jednak ciekawi mnie, na jakiej podstawie pada stwierdzenie,
że przedstawiony poziom nauczania jest niski? Dlaczego fakt, że Amerykański maturzysta nie wie co to trójkąt (a w domyśle zapewne w ogóle nie zna tw. Pitagorasa, podobieństwa trójkątów, nie mówiąc o tw. sinusów, czy wzorze Herona) jest rzekomo tak oburzający? Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi poprawnie policzyć ilość płytek
glazury jaką trzeba kupić w różnych kolorach, aby prawidłowo pokryć zadanym deseniem potrzebną ilość ścian w łazience? Czy policzy to chociaż z 70% maturzystów? A co z pozostałymi 30 procentami? Co do licha robili polscy nauczyciele przez 12 lat nauki, skoro taki delikwent nie potrafi po maturze pomóc ojcu w obliczeniach remontowych? Uczyli go kształtu sinusoidy? A po kiego licha? Prawde mowiac, nie wiem, po co przecietnemu maturzyscie znajomosc akurat ksztaltu sinusoidy. Nie wiem tez, po co mu cos wiecej niz umiejetnosc czytania, pisania i dodawania liczb naturalnych w zakresie 1...10. Po co licealiscie literatura, geografia, fizyka... moment. Po co licealiscie liceum? Dlaczego nie idzie do zawodowki? Moze dlatego, ze chce czegos wiecej, niz "przydatnosc na rynku pracy"? Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi na wycieczce we Włoszech
przeliczyć na złotówki wyrażoną w lirach cenę butów z wystawy sklepowej, wiedząc ile lirów dostał za markę, oraz ile złotówek za markę w Polsce płacił? Umie to chociaż z 70%? Jaki to musi być kiepski poziom w polskiej szkole, która 30% populacji maturzystów takich rzeczy nie nauczyła liczyć. A A nie potrafi? Wykonac przyblizonego mnozenia? Nie wierze. potrafią ci maturzyści dodatkowo te liry przeliczyć w Austrii na szylingi?
Nie? No tak, na pocieszenie, nieźle sobie poradzą rozwiązując w zbiorze liczb rzeczywistych równanie sinxcox=0,50. Jesli nie potrafi pomnozyc przez siebie dwoch liczb dwucyfrowych (bo wieksza dokladnosc jest potrzebna tylko strasznym skapcom), to nie rozwiaze rownania sinx cosx =1/2. Nie ma szans. Czy polski młodociany kibic sportowy potrafi dobrze skalkulować z tabeli,
ile jego ukochana drużyna powinna wygrać w ostatnich dwóch kolejkach w różnych wariantach spotkań przeciwników, aby zostać mistrzem Polski? Z pewnoscia. Czy Polski maturzysta potrafił będzie w życiu dorosłym wybrać bank który da
mu największe odsetki od złożonej lokaty? Tak. Czy potrafi obliczyć
oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych rat tego kredytu? A co, musi miec szklana kule? To bank nie powie, jakie jest oprocentowanie? Uczestnicy dyskusji przeceniają znaczenie "wysokopoziomowej" matematyki w
życiu człowieka. Komu w życiu codziennym zdarzają się problemy, w których mniej lub bardziej bezpośrednio potrzebna była znajomość twierdzenia cosinusów? Zupelnie nie rozumiesz. Dlaczego uwazasz, ze ktos, kto nie ma zadnej "nieprzydatnej" wiedzy ogolnej, powinien dostac mature? Ludzie zrozumcie, przeciętny człowiek jest w stanie w szkolnej nauce dobrze
ZROZUMIEĆ co najwyżej tyle, ile jest w przedstawionych zadaniach maturalnych w USA. Nieprawda. Twierdze, ze ktos, kto nie potrafi rozwiazac zadan przedstawionych przez Andrzeja Lewandowskiego, nie powinien opuscic szkoly podstawowej ze swiadectwem w reku. Uwazam tez, ze w gimnazjum i liceum moglby nauczyc sie czegos nowego. A polska szkoła uczy niemal tylko takich rzeczy na matematyce, które
zasługują na zapomnienie. I na polskim. I (zwlaszcza!) na historii. I na... Dlatego proszę wszystkich nauczycieli, aby wreszcie zadbali, aby ich
uczniowie widzieli, że to czego na matematyce uczą się w szkole, przyda im się w życiu dorosłym. A ja bym prosil tych nauczycieli, by pokazali rowniez, ze matematyka moze byc piekna. Ja na takich nauczycieli trafilem - i bardzo sie z tego ciesze. Gdybym jednak mial pecha i przez dwanascie lat uczyl sie jakichs cholernych procentow skladanych i ukladania kafelkow, to z pewnoscia by mi to zbrzydlo. Owszem, umiem pomnozyc dwie liczby przez siebie - znaczy, policzyc procent skladany. Zostalo to wystarczajaco jasno omowione w szkole podstawowej, ze nie mialem z tym problemu wtedy tak samo, jak i teraz. I jakos starczylo jeszcze czasu na sinusoide i twierdzenie Talesa. Maciej Bójko |
| Andrzej Lewandowski
|
Posted: 20 Lis 2000 01:27:06 Z prawdziwym niepokojem przeczytałem głosy w dyskusji w wątku "Matura z
matematyki w stanie Teksas w USA" zapoczątkowanym przez A. Lewandowskiego 11.11.2000 r. W dużym skrócie, dyskutanci przedstawiali dowody "niskiego" poziomu nauczania w amerykańskich (a także i niemieckich) szkołach w porównaniu do poziomu obowiązującego w szkołach polskich. Zastanawiano się także nad przyczynami i implikacjami tego faktu. W którymś momencie dyskusji przyczyny jednak zaczęły się mieszać z wnioskami. Do tego się jednak nie odniosę. Przyznam sie ze z niepokojem przeczytalem ten list. Moze go nie zrozumialem. Moze reczywiscie polski maturzysta ma tyle "balastu". W koncu jakies 50 lat temu byl pewien pan ktory usilowal wdrozyc zasade ze Polak ma tylko umiec podpisac sie i wykonywac 4 dzialania arytmetyczne na nieduzych liczbach. Czyzby pan Perczak uwazal podobnie?... A.L. |
| Andrzej Lewandowski
|
Posted: 20 Lis 2000 01:29:21 Z prawdziwym niepokojem przeczytałem głosy w dyskusji w wątku "Matura z matematyki w stanie Teksas w USA" zapoczątkowanym przez A. Lewandowskiego 11.11.2000 r. W dużym skrócie, dyskutanci przedstawiali dowody "niskiego" poziomu nauczania w amerykańskich (a także i niemieckich) szkołach w porównaniu do poziomu obowiązującego w szkołach polskich. Zastanawiano się także nad przyczynami i implikacjami tego faktu. W którymś momencie dyskusji przyczyny jednak zaczęły się mieszać z wnioskami. Do tego się jednak nie odniosę.
Przyznam sie ze z niepokojem przeczytalem ten list. Moze go nie zrozumialem. Moze reczywiscie polski maturzysta ma tyle "balastu". W koncu jakies 50 lat temu byl pewien pan ktory usilowal wdrozyc zasade ze Polak ma tylko umiec podpisac sie i wykonywac 4 dzialania arytmetyczne na nieduzych liczbach. Przepraszam, jak ten czas leci... 60+ lat temu... A.L. |
| Andrzej Lewandowski
|
Posted: 20 Lis 2000 01:52:15 Z prawdziwym niepokojem przeczytałem głosy w dyskusji w wątku "Matura z
matematyki w stanie Teksas w USA" zapoczątkowanym przez A. Lewandowskiego 11.11.2000 r. ..................... No cóż, być może niektórzy polemizować ze mną będą twierdząc, że jak się
umie policzyć pochodną z funkcji f(x)=sinx, to i potrafi się policzyć ilość sznurka potrzebnego do obszycia obrusa. A uczniów trza uczyć jak najwięcej, bo wtedy będą najlepsi i najmądrzejsi. Uczyć nie tylko o glazurze i procentach składanych, ale i o symetralnych i podobieństwach w trójkącie. Jeśli ten pogląd w dyskusji miałby zwyciężyć, to zawczasu jednak przypomnę: był taki pan, który uważał podobnie, że duża ilość przechodzi z czasem i w wysoką jakość. Nazywał się on Karol Marks. Pozdrawiam serdecznie, Grzegorz Perczak Kolega pisze z konta AGH... Przepraszam ze zapytam, student czy nauczyciel akademicki?... Na studiach ucza kolosalnej ilosci rzeczy ktore inzynierowi nigdy sie nie przydadza: jakiejs chemii, jakiejs fizyki, jakiejs matematyki, kto slyszal zeby komus w fabryce byly potrzebne calki potrojne, musi umiec poslugiwac sie holajza, ot czego trzeba nauczac mlodych inzynierow... Cala ta teorie wzglednosci i tak zapomna 5 minut po egzaminie. Czy ktos widzial zeby owa w fabryce sie przydala?.. Albo liczenie pochodnej?... Kto w fabryce liczy pochodne?... Tak, tak, gleboka prawda, nie tylko mature trzeba zmodernizowac i odchudzic, ale pzrede wszystkim studia wyszsze. Liceum to mala pestka w prowonaniu z tym jak ludziom na studiach robia wode z mozgow... A.L. |
| Grzegorz Perczak
|
Posted: 20 Lis 2000 01:10:20 Prawde mowiac, nie wiem, po co przecietnemu maturzyscie znajomosc
akurat ksztaltu sinusoidy. Nie wiem tez, po co mu cos wiecej niz umiejetnosc czytania, pisania i dodawania liczb naturalnych w zakresie 1...10. Po co licealiscie literatura, geografia, fizyka... moment. Po co licealiscie liceum? Dlaczego nie idzie do zawodowki? Moze dlatego, ze chce czegos wiecej, niz "przydatnosc na rynku pracy"? Tylko, czy aby na pewno dostanie faktycznie "COŚ WIĘCEJ" niż "przydatność na rynku pracy", czy też jednak coś zupełnie innego niż "przydatność na rynku pracy"? Bo w tym tkwi istota problemu. Czy polski maturzysta aby na pewno potrafi na wycieczce we Włoszech przeliczyć na złotówki wyrażoną w lirach cenę butów z wystawy sklepowej, wiedząc ile lirów dostał za markę, oraz ile złotówek za markę w Polsce płacił? Umie to chociaż z 70%? Jaki to musi być kiepski poziom w polskiej szkole, która 30% populacji maturzystów takich rzeczy nie nauczyła liczyć. A A nie potrafi? Wykonac przyblizonego mnozenia? Nie wierze. I słusznie. Bo wiara czyni cuda. W niektórych wypadkach samemu trzeba samemu zobaczyć, aby się przekonać. Podobnie uczący się kilka lat angielskiego w polskiej szkole nie potrafią często znienacka odpowiedzieć cudzoziemcowi po ludzku na pytanie jak dojechać do dworca. A na marginesie, aby policzyć jaka jest wartość 1000 lirów wyrażona w złotych, to w powyższym przykładzie należy akurat wykonać dzielenie. potrafią ci maturzyści dodatkowo te liry przeliczyć w Austrii na
szylingi? Nie? No tak, na pocieszenie, nieźle sobie poradzą rozwiązując w zbiorze
liczb rzeczywistych równanie sinxcox=0,50. Jesli nie potrafi pomnozyc przez siebie dwoch liczb dwucyfrowych (bo wieksza dokladnosc jest potrzebna tylko strasznym skapcom), to nie rozwiaze rownania sinx cosx =1/2. Nie ma szans. 1. Aby pomnożyć, to trza najpierw wiedzieć, co przez co pomnożyć. 2. Brak orientacji co przez co w takich sytuacjach pomnożyć, nie przeszkadza umiejętności wykucia schematu rozwiązywania równań trygonometrycznych. I jeśli tego nie dostrzegają pedagodzy w szkole (mam nadzieję że nim nie jesteś), to nie widzę żadnych szans na zmniejszenie ilości analfabetów funkcjonalnych w Polsce. 3. Znam kilka osób które umiały przed egzaminem na uczelni ekonomicznej zdać zaliczenie z kilku bardziej złozonych rzeczy niż równanie trygonometryczne (były to niektóre zadanka z analizy matematycznej), a są funkcjonalnymi analfabetami matematycznymi. Oczywiście, dziś nic z zaliczonych rzeczy nie pamiętają. Obliczenie na podstawie notowań walut do dolara USA, ile saudyjskich riali trza zapłacić za jednego brytyjskiego funta, wielokrotnie przekracza ich możliwości. Czy polski młodociany kibic sportowy potrafi dobrze skalkulować z tabeli,
ile jego ukochana drużyna powinna wygrać w ostatnich dwóch kolejkach w różnych wariantach spotkań przeciwników, aby zostać mistrzem Polski? Z pewnoscia. Jak mu co bardziej rozgarnięty kolega podpowie. Czy Polski maturzysta potrafił będzie w życiu dorosłym wybrać bank który
da mu największe odsetki od złożonej lokaty?
Tak. I zrozumie co oznacza kapitalizacja miesięczna/roczna/kwartalna i jak to przeliczyć? rzoumie czym się różni oprocentowanie 30/360 od oprocentowania 31/365? Zaprzeczam Twojej odpowiedzi. Czy potrafi obliczyć oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych rat tego kredytu? A co, musi miec szklana kule? To bank nie powie, jakie jest oprocentowanie? Tu zadałem niejasno pytanie, mój błąd. Przepraszam wszystkich. Powinno ono brzmieć: "Czy potrafi PRZELICZYĆ oprocentowanie kredytu na wielkości spłacanych rat tego kredytu? " Uczestnicy dyskusji przeceniają znaczenie "wysokopoziomowej" matematyki w
życiu człowieka. Komu w życiu codziennym zdarzają się problemy, w których mniej lub bardziej bezpośrednio potrzebna była znajomość twierdzenia cosinusów? Zupelnie nie rozumiesz. Dlaczego uwazasz, ze ktos, kto nie ma zadnej "nieprzydatnej" wiedzy ogolnej, powinien dostac mature? To Ty nie rozumiesz. Czy moje stwierdzenie typu "W Polsce jeśli ktoś zdał maturę, często nie ma "przydatnej" wiedzy ogólnej" jest równoważne stwierdzeniu zawartym w Twoim pytaniu? Nie wątpie, że posiadasz wiedzę na temat logiki matematycznej. Wiesz zapewne, co to tautologia, implikacja, przeczenie, itd. Ale z uczynieniem tej wiedzy przydatności do prowadzenia dyskusji, to już gorzej... No dobra, żartuję sobie. Ale serio, ja nie twierdzę, że nauka matematyki w szkole powinna się KOŃCZYĆ na procentach, kafelkach i walutach. Twierdzę za to że należy zadbać dokładnie, aby te PROSTE rzeczy były najpierw opanowane. I dopiero wtedy można pomyśleć o obwodzie okręgu opisanego na trójkącie. Dopiero wtedy, nie wcześniej. A że na geometrię analityczną i pochodene czasu wtedy nie starczy... Obecnie sytuacja jest taka, że o tych trójkątach mówi się "zamiast" a nie "oprócz" naprawdę potrzebnych rzeczy. A to jest znacznie gorsze od przedmiotu nauczania w USA. Taka sytuacja jest niedopuszczalna. Niestety, w Polsce nauczycielka, gdy w 5 klasie szkoły podstawowej zobaczy, że połowa dzieci w klasie nie pamięta dobrze tabliczki mnożenia, i tak "poleci do przodu z programem", choć każdy trochę rozsądnie myślący człowiek zauważy, że w ten sposób dzieci się niczego nie nauczą. Kurator i dyrektor czuwają jednak, aby w 5 klasie poziom nauczania był "wyższy" niż tabliczka mnożenia. A rodzic, który by przyszedł na wywiadówkę i powiedział: "pani nawija na lekcji na temat ułamków, a moja córka nie wie jeszcze nawet ile jest 8*9" zostałby odsesłany do czubków. Podczas kiedy moim zdaniem do czubków nadaje się obecny sposób nauczania. Ludzie zrozumcie, przeciętny człowiek jest w stanie w szkolnej nauce dobrze ZROZUMIEĆ co najwyżej tyle, ile jest w przedstawionych zadaniach
maturalnych w USA.
Nieprawda. Twierdze, ze ktos, kto nie potrafi rozwiazac zadan przedstawionych przez Andrzeja Lewandowskiego, nie powinien opuscic szkoly podstawowej ze swiadectwem w reku. Czy nie powinien podstawowej, to nie wiem. Ale wiem, że opuszcza nawet szkołę średnią! Uwazam tez, ze w gimnazjum i
liceum moglby nauczyc sie czegos nowego. No i uczy się. Ale prostych rzeczy nadal zrobić nie umie. A to jest dla mnie znacznie gorsze od sytuacji, w której umiałby zrobić tylko proste rzeczy z walutami i kafelkami. A ponieważ nie miał podstaw do przyjęcia czegoś nowego, trudniejszego, to pobrana przez niego nauka w gimnazjum i liceum, w dorosłym życiu złazi z niego jak farba z nieoczyszczonej nadgniłej ściany. Taki z niej pożytek. A polska szkoła uczy niemal tylko takich rzeczy na matematyce, które zasługują na zapomnienie. I na polskim. I (zwlaszcza!) na historii. I na... Na 12 lat nauki na polskim przypominam sobie tylko 3-4 godziny lekcyjne w której uczono by mnie pisać pisma i podania. W końcu w życiu dorosłym nauczyłem się tego sam. Życiorys Żeromskiego znałem za to na pamięć. Dzis za to wiem z TV że przypada dokładnie 75 rocznica jego smierci. Dlatego proszę wszystkich nauczycieli, aby wreszcie zadbali, aby ich uczniowie widzieli, że to czego na matematyce uczą się w szkole, przyda im się w życiu dorosłym.
A ja bym prosil tych nauczycieli, by pokazali rowniez, ze matematyka moze byc piekna. Ja na takich nauczycieli trafilem - i bardzo sie z tego ciesze. Gdybym jednak mial pecha i przez dwanascie lat uczyl sie
jakichs cholernych procentow skladanych i ukladania kafelkow, to z pewnoscia by mi to zbrzydlo. No, to Ty akurat kwalifikowałbyś się np. do nauki równań kwadratowych, po to by potrafić obliczyć rentowność obligacji mającej jedną płatność kuponową przed datą wykupu. A jeśli większość dzieci by sobie z kafelkami poradziła, to czemu nie, może też poznać te równania kwadratowe. Ale przełożenie poznawanej wiedzy na przydatność w życiu musi być twarde. Państwo na dłuzszą metę nie pomoże bezrobotnym. W obliczu coraz bardziej okrutnej konkurencji na świecie będzie musiało ograniczać wydatki, także a może i przede wszystkim na tych, którzy wiedzieli czego i jak dużo się w szkole uczyli, ale nie wiedzieli po co. Bo dla piękna matematyki to może być trochę mało, aby coś konkretnego w życiu umieć zrobić. I dostać za to jakieś pieniądze na chleb i utrzymanie. Nie piję tu rzecz jasna osobiście do Ciebie. Mówię po prostu tak ogólnie. Owszem, umiem pomnozyc dwie liczby przez siebie - znaczy, policzyc procent skladany.
Przede wszystkim wiesz że trza pomożyć, co trza pomnożyć, i dlaczego trza akurat to, a nie co inego pomnożyć. A wytłumaczyć tego w prostym zadaniu z treścią nie każdy nauczyciel w podstawówce ma czas i ochotę. W szkole sredniej to samo. Trza przecież gonić, bo w planach sa równania wykładnicze z sinusami. Zostalo to wystarczajaco
jasno omowione w szkole podstawowej, ze nie mialem z tym problemu wtedy tak samo, jak i teraz. I jakos starczylo jeszcze czasu na sinusoide i twierdzenie Talesa. Czy wierzysz, że Twój przypadek jest typowy? Grzegorz Perczak |
| Andrzej Komisarski
|
Posted: 20 Lis 2000 08:02:39 Użytkownik Maciej Bojko napisał
Ludzie zrozumcie, przeciętny człowiek jest w stanie w szkolnej nauce dobrze
ZROZUMIEĆ co najwyżej tyle, ile jest w przedstawionych zadaniach maturalnych w USA. Nieprawda. Twierdze, ze ktos, kto nie potrafi rozwiazac zadan przedstawionych przez Andrzeja Lewandowskiego, nie powinien opuscic szkoly podstawowej ze swiadectwem w reku. Czy nie powinien podstawowej, to nie wiem. Ale wiem, że opuszcza nawet szkołę średnią! Nie opuszcza. On nawet nie ma żadnych szans się do niej dostać. Wątpliwe jest nawet, czy do ósmej klasy podstawówki (teraz coś pozmieniało się, już nie ma ósmej klasy podstawówki, ale wolę pisać "po staremu") dostanie się bez problemów, przechodząc z klasy do klasy co roku. Zostalo to wystarczajaco
jasno omowione w szkole podstawowej, ze nie mialem z tym problemu wtedy tak samo, jak i teraz. I jakos starczylo jeszcze czasu na sinusoide i twierdzenie Talesa. Czy wierzysz, że Twój przypadek jest typowy? Myślę, że tak, że Maciej ma całkowitą słuszność. |
| . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 20 . 21 . >> |